3 listopada 2013

Ostatecznie ostateczna próba reanimacji.

Mój blog umarł zanim się porządnie rozwinął. Dlatego jeśli teraz mi się nie uda, to już mi się nigdy nie uda i nie będę więcej próbować. Ale daję sobie tę ostatnią szansę, podbudowana opiniami przyjaciół.
Nie wiem jak to się dzieje ale w mojej głowie jest tyle pomysłów, że prawie kipią. Problem w tym, że czasu jest zdecydowanie za mało. Dziecię moje wymaga coraz więcej uwagi a w dodatku zdążyłam też wrócić do pracy. Wszystko to kumuluje się i brakuje już momentów, które mogłabym bardziej wykorzystać. Ale już sobie obiecałam, że koniec z narzekaniem!!! Trzeba wziąć się w garść, zakasać rękawy i ruszać przed siebie.

Dziś prezentacja wytworu wspólnego - cała rodzina miała w nim udział: rodzice dali inspirację, mąż pomógł rozkręcać i skręcać, synek pomagał towarzysko przy pracy a ja malowałam. Całość dała efekt, chyba dobry. Dla nas bynajmniej wspaniały. A i panowie od wywozu odpadów już wiedzą "jaki to numer tutaj". Oto i on, nasz nowy/stary rower. 


Tabliczka wymaga ponownej produkcji, gdyż zastosowaliśmy nie taki materiał i ponoć się rozklei no i lakier jakiś stary chyba był, bo się zacieki dziwne robią na deszczu. Ale to już poczeka na wiosnę, tak samo jak budka na skrzynkę na listy. Skrzynka nowa czeka od maja ;) musi nabrać mocy.

No, i po krzyku, nowy post gotowy i jestem już o jeden dalej.

22 lutego 2013

Szwedzki weekend czyli namiastka Skandynawii

Mój mąż sukcesywnie realizuje moją niepisaną listę "chciałabym..." Aż chyba muszę pomyśleć o nowych "chcieciach", bo coś coraz mniej się ich robi - w zeszły weekend spełnił w zasadzie nasze wspólne marzenie o popłynięciu promem do Szwecji. Z okazji Walentynek Unity Line organizował rejs i, mimo iż z tym dniem się jakoś nie identyfikujemy specjalnie, popłynęliśmy. Przeżycia nieziemskie z różnych powodów, bo a to dawno nigdzie nie byliśmy, a to pierwsza taka wyprawa Franka, a to pierwsza nasza podróż promem (nie liczę naszych miejskich Bielików i Karsiborów :)) i dużo można by tak wyliczać ale bez zastanowienia mogę powiedzieć, że najbardziej podobał mi się spacer po Ystad. Miasto dużo mniejsze od naszego Świnoujścia a na samym niewielkim deptaku było chyba z osiem sklepów (u nas są tylko dwa), w których mogłabym stracić ze trzy wypłaty, minimum trzy... No ale cóż - ja mieszkam w Polsce a tam jest Szwecja, więc klimaty wnętrzarskie różne, na moją niekorzyść. Podziwiałam sobie wystawy, wzdychałam do nich okropnie i z ciężkim sercem musiałam od nich odchodzić. Piotrek tylko chodził z aparatem i chwytał w kadr moje westchnienia.





Pomiędzy jednym a drugim zachwytem udało mi się sfotografować kilka witryn sklepowych.






Mąż pozwolił mi na zakup jednej latarenki ale w maju lecimy do Norwegii i już się ze mnie śmieje, że rodzice nie będą się mogli zabrać do domu jak mi będą wszystkie zakupy zwozić :) A ja już odkładam do szufladki oszczędności!!!
A skoro już tak fotograficznie dzisiaj to jeszcze kilka pstryków z tym, po czym według mnie od razu można poznać, że w Polsce na pewno się nie jest. 






To tyle na dziś. Ostatnimi czasy jakoś tak bezproduktywnie u mnie. Dziś co prawda odpaliłam moją nową maszynę do szycia (czekała od września chyba), w zasadzie moją pierwszą, bo poprzednia była mamy, ale muszę dokupić jeszcze kilka rzeczy a przede wszystkim igły, bo się okazało, że nie takie i się krzywią...

3 lutego 2013

Ehhh...

No właśnie, ehhh... Tylko tyle można powiedzieć w związku z panującą aurą i sytuacją remontową, no bo ileż to można czekać na schody? Okazuje się, że baaardzo dłuuugo i nie wiadomo jak długo jeszcze. A za oknem też wcale nie wesoło, od kilku dni na niebie widać tylko ciemne chmury i słońca niewiele. Ale mam ja swoje sposoby, żeby choć trochę polepszyć sobie humor. 
Jak wiadomo powiększająca się przestrzeń w lodówce nie wybiera sobie właściwej chwili i moja właśnie powiększyła się do rozmiarów maksymalnych w momencie najmniej sprzyjającym zakupom - deszcz, wiatr i zimno. A jako że nie przepadam za foliówkami, w zakupach od pewnego czasu towarzyszą mi własnoręcznie wykonane eko torby zakupowe. Pomysł na nie snuł mi się w głowie już bardzo długo ale jakoś brakowało weny twórczej do ich zrobienia. W końcu dzień taki nadszedł ale przed ich pokazaniem musiałam najpierw przeprowadzić próbę wytrzymałości - sprawdzian z dźwigania ciężarów przeszły zaraz po wykonaniu ale trzeba było jeszcze wystawić je na działanie środków piorących. I już teraz wiem, że przez oba testy przebrnęły bez zarzutów.




Torby zrobiłam w sumie 4 ale jedną sprezentowałam mamie a jedna czeka jeszcze na malunek. Bardzo przyjemnie robi się z nimi sprawunki. Ach, no i oznakowałam je moimi "firmowymi" metkami.


Istnieje jeszcze jeden sposób na poprawę samopoczucia, oto i on:



Jak sobie tak człowiek popatrzy to od razu cieplej się robi. Bo śnieg to ja lubię, owszem, ale już błota pośniegowego i ogólnie panującej chlapy to nie trawię. Więc albo znów spadnie śnieg albo jakoś inaczej trzeba będzie się pocieszać. Choć kto wie, może wtedy byłoby u mnie bardziej twórczo?

27 stycznia 2013

Smakołyki dla każdego

Jest zimno, nie da się ukryć. I choć w pogodzie zapowiadają na najbliższe dni temperaturę na plusie ja, ze sporym opóźnieniem, wyszłam zimie naprzeciw i zadbałam o naszych ogrodowych przyjaciół. W tym roku biedne ptaszorki nie zaznały u nas zbyt dużej gościnności - karmniki pochowane na lato w narzędziowych komórkach zostały zastawione tak, że mysz się do nich nie przeciśnie, a to za sprawą remontu oczywiście i jego panoszącej się wszechobecności. Ale nie mogłam ich tak całkiem opuścić w potrzebie, więc zrobiłam dla nich małe co nieco. Zainspirowana zeszłorocznymi babeczkami (babeczki ze smalcu i ziarenek zrobione w metalowych foremkach, z których za żadne skarby nie chciały wyjść - pomysł z Mojego Mieszkania bodajże) oraz smakołykami zrobionymi dla pierzastych przez mojego dziadka (w kubeczkach po jogurtach) "upiekłam" ptasie muffinki. 

                 



Najpierw zwlekałam z ich wykonaniem, bo jakoś nie mogłam spotkać nigdzie ziarenek dla ptaków ale potem stwierdziłam, że przecież w domu zawsze jest coś co można im dać, tak więc pomieszałam najrozmaitsze ziarna i ziarenka ze smalcem. Potem odleżały też swoje w lodówce aż dziś nadszedł czas, żeby je powiesić w końcu. I tako zawisły owe muffinki na gałęziach gruszy i czekają na skonsumowanie. Mam nadzieję, że ptaki dadzą im radę.

A skoro ćwirki dostały smakołyki należało również zrobić coś dla nas. Do Tłustego Czwartku jeszcze trochę czasu ale w karnawale jakoś też tak się przyjęło, że zajadamy się różnego rodzaju smakołykami. Niekoniecznie zdrowymi, no ale... na pewno pysznymi! I żeby umilić niedzielne popołudnie jeszcze bardziej, usmażyłam pączki hiszpańskie czyli najprościej mówiąc - gniazdka. Moje wspomnienie z dzieciństwa, kiedy to comiesięczne wizyty u ortodonty umilało mi ich konsumowanie. Gdybym już wtedy wiedziała, że gdzieś w tamtym mieście mieszka mój przyszły mąż to inaczej bym do tego podchodziła, a tak - jedyną radością był zakup tych pysznych łakoci. Później (gdy już poznałam przyszłego męża) okazało się niestety, że nikt o nich nie pamięta... Nie jestem nawet pewna czy tamten sklep jeszcze istnieje. No i w ostatnim czasie dowiedziałam się, że robi się je tak łatwo! Musiałam się skusić. Skorzystałam z tego przepisu, oczywiście z Moich Wypieków, tyle tylko, że wykonałam mniejsze - bardziej przypominając te historyczne :) Dzisiejsza porcja zniknęła w mgnieniu oka. 



Są naprawdę pyszne, wręcz rozpływają się w dzióbach. Mąż chwalił chyba ze trzy razy, więc naprawdę musiały mu smakować. Pewnie przybyło nam od nich tu i ówdzie ale co tam, co tydzień ich nie jemy, a czasem trzeba sobie zrobić małą przyjemność, mmmm.

A teraz rozpływam się patrząc na migające świece i popijając grzane wino. Trzeba korzystać póki za oknem mróz i śnieg.