14 września 2014

Dziwnie tak...

Bardzo dziwnie. Na początku września miałam dwa dni urlopu. Niby wszystko fajnie ale inaczej niż zawsze. Franio poszedł do żłobka i nic a nic nie było już takie jak wcześniej. Śniadanie we dwoje to już nie to samo śniadanie, cisza to nie ta sama cisza, co popołudniowa drzemka a wolny czas to nie ten wolny czas, co spacer z Babcią.
Nie wiedziałam w co ręce włożyć, więc zrobiłam kolejne słoiczki z przetworami. 




Zawartość czeka na zimę. Ja natomiast doczekałam się chwili, kiedy poczułam to, co czuła moja Mama zostawiając mnie w przedszkolu... 


P.S. 
Do domowej przetwórni trafiły śliwki i brzoskwinie. Te drugie są jednak tak słodkie, że ich konsumpcja wymagała będzie dodatku czegoś kwaśnego. 
Nie można tak do końca wierzyć przepisom z lat 80. czy 90.

31 sierpnia 2014

Jesień, ech to ty...

Tak to ona, nie da się tego faktu dłużej ukrywać. Lato przemknęło mi niczym powietrze między palcami. Nic nie pokazywałam na blogu, bo i nie było się czym chwalić. Ogródek w tym roku mimo mych szczerych chęci, mojej opieki i zaangażowania nie odwdzięczył mi się. Wszystko jakieś mizerne. Z kwiatkami podobnie. Prace ręczne jak zwykle niedokończone albo wcale nie zaczęte. Ale powoli wracam do gry. Jeszcze tylko kilka dni pomocy w firmie i ruszam w podróż po kłębkach pomysłów w mej głowie. 
Ale aktualnie łapiemy te ładniejsze chwile jesieni - do słoików i zamrażarki wsadzam wszystko, co tylko mam a rodzinnie czas spędzamy na podziwach schyłkowo letniej przyrody. 
Na dowód jesieni kilka migawek z ostatniego spaceru po okolicy.











Do domu też przemyciłam kilka wczesnojesiennych akcentów. I nawet kolorowo się zrobiło, a raczej wrzosowo.






Teraz lecę szykować się na jutrzejszy dzień - mój synuś robi pierwszy krok w dorosłość i idzie do żłobka...

12 stycznia 2014

Pierwsze before and after

Jest już nowy rok. Z nowym rokiem dzień w dzień zadaję sobie to samo pytanie: "czy coś się w końcu zmieni?" Ciągle tylko zamierzam ale zamiary w czyny rzadko się przeradzają. Moje największe postanowienie noworoczne to SYSTEMATYCZNOŚĆ, pod każdym względem - sprzątanie, prasowanie, działanie, Franek i Piotrek - Ci dwaj najbardziej, bo czasem mam wrażenie, że moich chłopaków zaniedbuję i mam nadzieję, że to bardziej moje wrażenie niż rzeczywistość. I tak jak pod względem sprzątania te pierwsze 1,5 tygodnia jakoś mi na razie wychodzi, bo od świątecznego czasu udało mi się całkiem nieźle zachować porządek w całym domu to prasowanie jednak mnie przerosło. Dosłownie, gdybym złożyła na jedną kupkę wszystko to, co mam potraktować żelazkiem pewnie byłoby tak wysokie jak ja :) Ale dziś to ogarnę, aż zobaczę dno w koszu. 
I mam wielką ochotę trwać w tym wszystkim do końca tego roku i dalej i dalej. Realizować się, spełniać marzenia i nie narzekać!

Na dowód zmian, oto przedstawiam największy jak dotąd sukces twórczy: moje własne before & after. 
Już dawno temu wpadłam przez absolutny przypadek na szlak farb, do malowania którymi nie trzeba nic zdzierać. Żadnych szlifierek, papierów ściernych tylko porządne oczyszczenie z ewentualnego brudu i kurzu. Ku moje uciesze, bo często to szlifowanie jest jedynym powodem, dlaczego nie chce mi się brać za niektóre rzeczy. Zanim człowiek jakiś efekt osiągnie, tak się zmacha, że już się kończyć nie chce. I jeszcze pełno brudu dookoła, więc najlepiej takie roboty wiosną na dworze. A tu proszę, wszystko wykonałam (no prawie wszystko) w docelowym miejscu mojego "staruszka". Podejrzewam, że ma on już trochę lat, bo dostaliśmy go od cioci, która dostała go jeszcze od swojej cioci. Stał u nas też już trochę, więc najmłodszy nie jest. Przed liftingiem wyglądał o tak:


Dobiliśmy z mężem targu, że wszystkie piątkowe popołudnio-wieczory są moje. Szykuję Franka do spania a potem robię swoje a oni swoje, i w żadnym wypadku mają mnie nie wołać :) I taki system działa - w sobotę nie trzeba wstawać o 6, więc i można trochę dłużej pogrzebać i świadomość tego, że mam tylko tę jedną chwilę w tygodniu, dodało mi powera. A co najważniejsze wykonałam swój plan w 100% - zdążyłam przed Świętami i przyjazdem rodziców. 
Annie Sloan Chalk Paint - tak się nazywają farby. Może nie zachęcają do kupna, bo koszt jest rzeczywiście spory, ale po pomalowaniu mojego kredensu (którego większość domowników chciała się pozbyć, a po efekcie końcowym nie mogli uwierzyć w to, co widzą) kupiłam puszkę innego koloru i pomalowałam już też półkę kuchenną i w zamiarze mam kupno następnych i następnych. Aż zbiorę całą paletę :D
Szczegółowe instrukcje malowania znalazłam na stronie www.bambetle.co.uk - bardzo prosto i wyraziście napisane co i jak robić. A oto kredens w aktualnej wersji, z resztkami świątecznych dekoracji:


Uchwyty kupione w ostatnio odkrytym sklepie Nanu-Nana, bardzo ciekawy i nawet niedrogi.



Nie wiem tylko jeszcze do końca co w nim trzymać. Myślałam o książkach ale Piotrek stwierdził, że tak jest lepiej - wszelkie patery, wazony, i wszystko, na co gdzie indziej nie ma już miejsca. Na razie panuje tam lekki nieład a potem się zobaczy.
Teraz myślę nad tym, co będzie następne - w kolejce czeka szafka na buty, komoda w sypialni, stolik i taborecik - mam duży wybór.


3 listopada 2013

Ostatecznie ostateczna próba reanimacji.

Mój blog umarł zanim się porządnie rozwinął. Dlatego jeśli teraz mi się nie uda, to już mi się nigdy nie uda i nie będę więcej próbować. Ale daję sobie tę ostatnią szansę, podbudowana opiniami przyjaciół.
Nie wiem jak to się dzieje ale w mojej głowie jest tyle pomysłów, że prawie kipią. Problem w tym, że czasu jest zdecydowanie za mało. Dziecię moje wymaga coraz więcej uwagi a w dodatku zdążyłam też wrócić do pracy. Wszystko to kumuluje się i brakuje już momentów, które mogłabym bardziej wykorzystać. Ale już sobie obiecałam, że koniec z narzekaniem!!! Trzeba wziąć się w garść, zakasać rękawy i ruszać przed siebie.

Dziś prezentacja wytworu wspólnego - cała rodzina miała w nim udział: rodzice dali inspirację, mąż pomógł rozkręcać i skręcać, synek pomagał towarzysko przy pracy a ja malowałam. Całość dała efekt, chyba dobry. Dla nas bynajmniej wspaniały. A i panowie od wywozu odpadów już wiedzą "jaki to numer tutaj". Oto i on, nasz nowy/stary rower. 


Tabliczka wymaga ponownej produkcji, gdyż zastosowaliśmy nie taki materiał i ponoć się rozklei no i lakier jakiś stary chyba był, bo się zacieki dziwne robią na deszczu. Ale to już poczeka na wiosnę, tak samo jak budka na skrzynkę na listy. Skrzynka nowa czeka od maja ;) musi nabrać mocy.

No, i po krzyku, nowy post gotowy i jestem już o jeden dalej.

22 lutego 2013

Szwedzki weekend czyli namiastka Skandynawii

Mój mąż sukcesywnie realizuje moją niepisaną listę "chciałabym..." Aż chyba muszę pomyśleć o nowych "chcieciach", bo coś coraz mniej się ich robi - w zeszły weekend spełnił w zasadzie nasze wspólne marzenie o popłynięciu promem do Szwecji. Z okazji Walentynek Unity Line organizował rejs i, mimo iż z tym dniem się jakoś nie identyfikujemy specjalnie, popłynęliśmy. Przeżycia nieziemskie z różnych powodów, bo a to dawno nigdzie nie byliśmy, a to pierwsza taka wyprawa Franka, a to pierwsza nasza podróż promem (nie liczę naszych miejskich Bielików i Karsiborów :)) i dużo można by tak wyliczać ale bez zastanowienia mogę powiedzieć, że najbardziej podobał mi się spacer po Ystad. Miasto dużo mniejsze od naszego Świnoujścia a na samym niewielkim deptaku było chyba z osiem sklepów (u nas są tylko dwa), w których mogłabym stracić ze trzy wypłaty, minimum trzy... No ale cóż - ja mieszkam w Polsce a tam jest Szwecja, więc klimaty wnętrzarskie różne, na moją niekorzyść. Podziwiałam sobie wystawy, wzdychałam do nich okropnie i z ciężkim sercem musiałam od nich odchodzić. Piotrek tylko chodził z aparatem i chwytał w kadr moje westchnienia.





Pomiędzy jednym a drugim zachwytem udało mi się sfotografować kilka witryn sklepowych.






Mąż pozwolił mi na zakup jednej latarenki ale w maju lecimy do Norwegii i już się ze mnie śmieje, że rodzice nie będą się mogli zabrać do domu jak mi będą wszystkie zakupy zwozić :) A ja już odkładam do szufladki oszczędności!!!
A skoro już tak fotograficznie dzisiaj to jeszcze kilka pstryków z tym, po czym według mnie od razu można poznać, że w Polsce na pewno się nie jest. 






To tyle na dziś. Ostatnimi czasy jakoś tak bezproduktywnie u mnie. Dziś co prawda odpaliłam moją nową maszynę do szycia (czekała od września chyba), w zasadzie moją pierwszą, bo poprzednia była mamy, ale muszę dokupić jeszcze kilka rzeczy a przede wszystkim igły, bo się okazało, że nie takie i się krzywią...