27 stycznia 2013

Smakołyki dla każdego

Jest zimno, nie da się ukryć. I choć w pogodzie zapowiadają na najbliższe dni temperaturę na plusie ja, ze sporym opóźnieniem, wyszłam zimie naprzeciw i zadbałam o naszych ogrodowych przyjaciół. W tym roku biedne ptaszorki nie zaznały u nas zbyt dużej gościnności - karmniki pochowane na lato w narzędziowych komórkach zostały zastawione tak, że mysz się do nich nie przeciśnie, a to za sprawą remontu oczywiście i jego panoszącej się wszechobecności. Ale nie mogłam ich tak całkiem opuścić w potrzebie, więc zrobiłam dla nich małe co nieco. Zainspirowana zeszłorocznymi babeczkami (babeczki ze smalcu i ziarenek zrobione w metalowych foremkach, z których za żadne skarby nie chciały wyjść - pomysł z Mojego Mieszkania bodajże) oraz smakołykami zrobionymi dla pierzastych przez mojego dziadka (w kubeczkach po jogurtach) "upiekłam" ptasie muffinki. 

                 



Najpierw zwlekałam z ich wykonaniem, bo jakoś nie mogłam spotkać nigdzie ziarenek dla ptaków ale potem stwierdziłam, że przecież w domu zawsze jest coś co można im dać, tak więc pomieszałam najrozmaitsze ziarna i ziarenka ze smalcem. Potem odleżały też swoje w lodówce aż dziś nadszedł czas, żeby je powiesić w końcu. I tako zawisły owe muffinki na gałęziach gruszy i czekają na skonsumowanie. Mam nadzieję, że ptaki dadzą im radę.

A skoro ćwirki dostały smakołyki należało również zrobić coś dla nas. Do Tłustego Czwartku jeszcze trochę czasu ale w karnawale jakoś też tak się przyjęło, że zajadamy się różnego rodzaju smakołykami. Niekoniecznie zdrowymi, no ale... na pewno pysznymi! I żeby umilić niedzielne popołudnie jeszcze bardziej, usmażyłam pączki hiszpańskie czyli najprościej mówiąc - gniazdka. Moje wspomnienie z dzieciństwa, kiedy to comiesięczne wizyty u ortodonty umilało mi ich konsumowanie. Gdybym już wtedy wiedziała, że gdzieś w tamtym mieście mieszka mój przyszły mąż to inaczej bym do tego podchodziła, a tak - jedyną radością był zakup tych pysznych łakoci. Później (gdy już poznałam przyszłego męża) okazało się niestety, że nikt o nich nie pamięta... Nie jestem nawet pewna czy tamten sklep jeszcze istnieje. No i w ostatnim czasie dowiedziałam się, że robi się je tak łatwo! Musiałam się skusić. Skorzystałam z tego przepisu, oczywiście z Moich Wypieków, tyle tylko, że wykonałam mniejsze - bardziej przypominając te historyczne :) Dzisiejsza porcja zniknęła w mgnieniu oka. 



Są naprawdę pyszne, wręcz rozpływają się w dzióbach. Mąż chwalił chyba ze trzy razy, więc naprawdę musiały mu smakować. Pewnie przybyło nam od nich tu i ówdzie ale co tam, co tydzień ich nie jemy, a czasem trzeba sobie zrobić małą przyjemność, mmmm.

A teraz rozpływam się patrząc na migające świece i popijając grzane wino. Trzeba korzystać póki za oknem mróz i śnieg.