Jest zimno, nie da się ukryć. I choć w pogodzie zapowiadają na
najbliższe dni temperaturę na plusie ja, ze sporym opóźnieniem, wyszłam
zimie naprzeciw i zadbałam o naszych ogrodowych przyjaciół. W tym roku
biedne ptaszorki nie zaznały u nas zbyt dużej gościnności - karmniki
pochowane na lato w narzędziowych komórkach zostały zastawione tak, że
mysz się do nich nie przeciśnie, a to za sprawą remontu oczywiście i
jego panoszącej się wszechobecności. Ale nie mogłam ich tak całkiem
opuścić w potrzebie, więc zrobiłam dla nich małe co nieco. Zainspirowana
zeszłorocznymi babeczkami (babeczki ze smalcu i ziarenek zrobione w
metalowych foremkach, z których za żadne skarby nie chciały wyjść -
pomysł z Mojego Mieszkania bodajże) oraz smakołykami zrobionymi dla
pierzastych przez mojego dziadka (w kubeczkach po jogurtach) "upiekłam"
ptasie muffinki.

Najpierw zwlekałam z ich wykonaniem, bo jakoś nie mogłam spotkać nigdzie ziarenek dla ptaków ale potem stwierdziłam, że przecież w domu zawsze jest coś co można im dać, tak więc pomieszałam najrozmaitsze ziarna i ziarenka ze smalcem. Potem odleżały też swoje w lodówce aż dziś nadszedł czas, żeby je powiesić w końcu. I tako zawisły owe muffinki na gałęziach gruszy i czekają na skonsumowanie. Mam nadzieję, że ptaki dadzą im radę.
A skoro ćwirki dostały smakołyki należało również zrobić coś dla nas. Do
Tłustego Czwartku jeszcze trochę czasu ale w karnawale jakoś też tak
się przyjęło, że zajadamy się różnego rodzaju smakołykami. Niekoniecznie
zdrowymi, no ale... na pewno pysznymi! I żeby umilić niedzielne
popołudnie jeszcze bardziej, usmażyłam pączki hiszpańskie czyli
najprościej mówiąc - gniazdka. Moje wspomnienie z dzieciństwa, kiedy to
comiesięczne wizyty u ortodonty umilało mi ich konsumowanie. Gdybym już
wtedy wiedziała, że gdzieś w tamtym mieście mieszka mój przyszły mąż to
inaczej bym do tego podchodziła, a tak - jedyną radością był zakup tych
pysznych łakoci. Później (gdy już poznałam przyszłego męża) okazało się
niestety, że nikt o nich nie pamięta... Nie jestem nawet pewna czy
tamten sklep jeszcze istnieje. No i w ostatnim czasie dowiedziałam się,
że robi się je tak łatwo! Musiałam się skusić. Skorzystałam z tego
przepisu, oczywiście z Moich Wypieków, tyle tylko, że wykonałam
mniejsze - bardziej przypominając te historyczne :) Dzisiejsza porcja
zniknęła w mgnieniu oka.
Są naprawdę pyszne, wręcz rozpływają się w dzióbach. Mąż chwalił chyba ze trzy razy, więc naprawdę musiały mu smakować. Pewnie przybyło nam od nich tu i ówdzie ale co tam, co tydzień ich nie jemy, a czasem trzeba sobie zrobić małą przyjemność, mmmm.
A teraz rozpływam się patrząc na migające świece i popijając grzane wino. Trzeba korzystać póki za oknem mróz i śnieg.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz