22 lutego 2013

Szwedzki weekend czyli namiastka Skandynawii

Mój mąż sukcesywnie realizuje moją niepisaną listę "chciałabym..." Aż chyba muszę pomyśleć o nowych "chcieciach", bo coś coraz mniej się ich robi - w zeszły weekend spełnił w zasadzie nasze wspólne marzenie o popłynięciu promem do Szwecji. Z okazji Walentynek Unity Line organizował rejs i, mimo iż z tym dniem się jakoś nie identyfikujemy specjalnie, popłynęliśmy. Przeżycia nieziemskie z różnych powodów, bo a to dawno nigdzie nie byliśmy, a to pierwsza taka wyprawa Franka, a to pierwsza nasza podróż promem (nie liczę naszych miejskich Bielików i Karsiborów :)) i dużo można by tak wyliczać ale bez zastanowienia mogę powiedzieć, że najbardziej podobał mi się spacer po Ystad. Miasto dużo mniejsze od naszego Świnoujścia a na samym niewielkim deptaku było chyba z osiem sklepów (u nas są tylko dwa), w których mogłabym stracić ze trzy wypłaty, minimum trzy... No ale cóż - ja mieszkam w Polsce a tam jest Szwecja, więc klimaty wnętrzarskie różne, na moją niekorzyść. Podziwiałam sobie wystawy, wzdychałam do nich okropnie i z ciężkim sercem musiałam od nich odchodzić. Piotrek tylko chodził z aparatem i chwytał w kadr moje westchnienia.





Pomiędzy jednym a drugim zachwytem udało mi się sfotografować kilka witryn sklepowych.






Mąż pozwolił mi na zakup jednej latarenki ale w maju lecimy do Norwegii i już się ze mnie śmieje, że rodzice nie będą się mogli zabrać do domu jak mi będą wszystkie zakupy zwozić :) A ja już odkładam do szufladki oszczędności!!!
A skoro już tak fotograficznie dzisiaj to jeszcze kilka pstryków z tym, po czym według mnie od razu można poznać, że w Polsce na pewno się nie jest. 






To tyle na dziś. Ostatnimi czasy jakoś tak bezproduktywnie u mnie. Dziś co prawda odpaliłam moją nową maszynę do szycia (czekała od września chyba), w zasadzie moją pierwszą, bo poprzednia była mamy, ale muszę dokupić jeszcze kilka rzeczy a przede wszystkim igły, bo się okazało, że nie takie i się krzywią...

3 lutego 2013

Ehhh...

No właśnie, ehhh... Tylko tyle można powiedzieć w związku z panującą aurą i sytuacją remontową, no bo ileż to można czekać na schody? Okazuje się, że baaardzo dłuuugo i nie wiadomo jak długo jeszcze. A za oknem też wcale nie wesoło, od kilku dni na niebie widać tylko ciemne chmury i słońca niewiele. Ale mam ja swoje sposoby, żeby choć trochę polepszyć sobie humor. 
Jak wiadomo powiększająca się przestrzeń w lodówce nie wybiera sobie właściwej chwili i moja właśnie powiększyła się do rozmiarów maksymalnych w momencie najmniej sprzyjającym zakupom - deszcz, wiatr i zimno. A jako że nie przepadam za foliówkami, w zakupach od pewnego czasu towarzyszą mi własnoręcznie wykonane eko torby zakupowe. Pomysł na nie snuł mi się w głowie już bardzo długo ale jakoś brakowało weny twórczej do ich zrobienia. W końcu dzień taki nadszedł ale przed ich pokazaniem musiałam najpierw przeprowadzić próbę wytrzymałości - sprawdzian z dźwigania ciężarów przeszły zaraz po wykonaniu ale trzeba było jeszcze wystawić je na działanie środków piorących. I już teraz wiem, że przez oba testy przebrnęły bez zarzutów.




Torby zrobiłam w sumie 4 ale jedną sprezentowałam mamie a jedna czeka jeszcze na malunek. Bardzo przyjemnie robi się z nimi sprawunki. Ach, no i oznakowałam je moimi "firmowymi" metkami.


Istnieje jeszcze jeden sposób na poprawę samopoczucia, oto i on:



Jak sobie tak człowiek popatrzy to od razu cieplej się robi. Bo śnieg to ja lubię, owszem, ale już błota pośniegowego i ogólnie panującej chlapy to nie trawię. Więc albo znów spadnie śnieg albo jakoś inaczej trzeba będzie się pocieszać. Choć kto wie, może wtedy byłoby u mnie bardziej twórczo?