Tak, myślę, że wielu z nas mogłoby powiedzieć, że Święta są męczące. Bo pomimo tej wielkiej radości z narodzin Pana człowiek może się zmęczyć. Całe szczęście tylko fizycznie, bo jednak psychicznie można odetchnąć, zapomnieć o wszystkim i zatopić się w myślach. Razem z mężem stwierdziliśmy, że przydałby się jeszcze jeden dzień tylko dla nas, bo w wigilię udało nam się udać do dziadków z życzeniami, w pierwszy dzień pojechaliśmy do teściów, co wiązało się z odwiedzinami również znajomych i brata, a w dzień drugi złożyliśmy dłuższą już wizytę dziadkom. I takie to chodzenie jest męczące, bo człowiek jak już się wygodnie w fotelu ułoży to trzeba się zbierać do wyjścia, żeby zdążyć do wszystkich. No ale, cieszę się, że mamy kogo odwiedzać, bo tak sami w trójkę... smutno by było. I to tyle narzekania, bo ja i tak mam dobrze póki co :) siedzimy sobie na razie z Franiem w domku i jak już zasiedliśmy do kolacji wigilijnej to od tamtej pory mamy labę. Nie trzeba gotować, sprzątać też za bardzo, więc codzienne obowiązki to tylko zmycie naczyń :) i mam zamiar tak trwać aż do nowego roku.
A oto jak przyozdobiłam nasze mieszkanko na ten szczególny czas. Zacznę
od tego, że nie wiem jakim cudem ale w tym roku oprócz upieczenia
pierników znalazłam, a może wykradłam skądś, czas na ich ozdobienie.
Kilka znalazło swoje miejsce na choince, która w tym roku ubrana została
w kolor srebrny z czerwonymi akcentami. Początkowo myślałam o całej
kolorowej, potem o pastelowej, potem o samej srebrnej aż w końcu dodałam
do tego jeszcze trochę czerwonego. W całości wygląda tak:
Reszta ciasteczek, wylądowała natomiast w słoiku, który zakupiłam specjalnie na tą okazję (później pewnie posłuży na inne łakocie) w fantastycznym sklepiku, do którego niestety zabroniłam sobie zbyt często chodzić, z powodów chyba oczywistych...
No, a będąc w owym sklepie nie mogłam oprzeć się pokusie (właśnie dlatego nie jestem tam częstym gościem) i w mojej torbie wylądował jeszcze taki oto śliczny napis, którego strzeże skrzat, chyba pomocnik Mikołaja.
Swoje miejsce znalazło też kilka ozdób, które w ubiegłych latach
przywieźli z Norwegii rodzice i długo wyszukiwane przeze mnie hiacynty. Z
nimi miałam chyba największy problem, bo początkowa koncepcja na
parapet z ich udziałem była inna ale całe miasto zeszłam i nigdzie nie
było pojedynczych.
W jednej nawet kwiaciarni pani ekspedientka stwierdziła, że ludzie się nie znają, bo co roku miała a w tym niestety nie, gdyż musiała je wyrzucać, bo nikt nie kupował. I to właśnie u niej kupiłam cały komplecik - 3 hiacynty w gotowym "wiaderku", które od razu przypadło mi do gustu, i które na pewno znajdzie jeszcze inne zastosowanie. Tylko, że za bardzo starałam się, żeby kwiaty nie rozkwitły przed Świętami no i w końcu nie rozkwitły do tej pory, dopiero zaczynają ale to chyba nawet lepiej, bo najpierw napatrzyłam się na ich osłonkę, a teraz kiedy już ozdoby stoją jakiś czas pojawi się nowy widok i nowy zapach.
A nad całą otoczką czuwa on - od kilku lat poszukiwany dziadek do orzechów. W końcu, kiedy już zwątpiłam, że będę taki miała całkiem przypadkiem trafiłam na niego u sąsiadów zza granicy na przedświątecznych słodyczowych zakupach.
To by było na tyle, jeśli chodzi o świąteczny nastrój, który pomimo bałaganu za drzwiami korytarza jakoś udało mi się stworzyć. Tymczasem idę oddać się rozkoszy konsumowania zielonego grapefruita - to jest jeden z plusów zimy - wyśmienite cytrusy!
U Ciebie wszystko takie dopracowane i ładne, zazdroszczę! Ja dopiero nad tym pracuję :) pierniki pięknie przyozdobione!
OdpowiedzUsuńImru