Hmm... Gdybym tak wytrwała w moim zamierzeniu i prowadziła bloga od dnia, kiedy to pojawił się mój pierwszy wpis, to troszkę by ich już tu było :) jednakże ogłaszam, iż pierwszy wpis był chyba jednak falstartem. Jakoś nie wytrwałam w zamiarze i wciąż czasu mi brakowało. Coś tam przez ten ponad rok tworzyłam ale nigdy nie mogłam zebrać się do kupy aby sfotografować moje wytwory.
Tak więc stwierdzając mój falstart jednocześnie pozwalam sobie na podejście No2 ;) a gdyby i to nie wyszło, to znaczy, że jednak nie dla mnie jest blogowy świat i lepiej zająć się tylko tworzeniem dla własnych oczu, no i czasem rodziny, która sprawnie wspiera mnie w mych działaniach. I która zawsze obsypie mnie "ochami" i "achami" nawet gdy mi się coś nie bardzo podoba.
No a skoro pojawia się to drugie podejście, to może od razu coś przedstawię, żeby znowu nie skończyło się tylko na pisaniu. Mąż mój obchodził wczoraj swoje urodzinki. Żeby jakoś je uczcić koniecznie chciałam zrobić jakieś ciasto. I koniecznie z kremem. Jako, że na tort się nie odważyłam, gdyż uważam, że aby go wykonać potrzebny jest wyższy stopień wtajemniczenia w tajniki cukiernicze, a żeby taki poznać jeszcze trochę muszę poćwiczyć, wpadłam na genialny (moim zdaniem) pomysł zrobienia tiramisu. I może ciastem to nie jest, ale jest z kremem i to bardzo pysznym kremem. Właściwie to już nawet zapomniałam jak wspaniale smakuje takie cudo, bo moje ostatnie tiramisu wykonałam chyba za czasów liceum, a było to już ładnych parę lat temu... W poszukiwaniu przepisu idealnego, koniecznie bez jajek, bo jakoś nie mam zaufania do kremów z surowymi jajkami, a poza tym w mym aktualnym stanie nie zaleca się konsumpcji surowych jajek, znalazłam ten idealny tutaj. I gdy z mężem spróbowaliśmy, nasze spojrzenia na siebie powiedziały wszystko :)
A tak oto prezentował się mój niby-torcik:
W środku kieszonka, która niestety nie spełni swojej funkcji, gdyż bez przemyślenia przykleiłam ją do góry nogami. Ale jak już się przykleiła to nie będę odklejać.
A na okładce pod trzema szkiełkami trzy różne babeczki.
No a skoro pojawia się to drugie podejście, to może od razu coś przedstawię, żeby znowu nie skończyło się tylko na pisaniu. Mąż mój obchodził wczoraj swoje urodzinki. Żeby jakoś je uczcić koniecznie chciałam zrobić jakieś ciasto. I koniecznie z kremem. Jako, że na tort się nie odważyłam, gdyż uważam, że aby go wykonać potrzebny jest wyższy stopień wtajemniczenia w tajniki cukiernicze, a żeby taki poznać jeszcze trochę muszę poćwiczyć, wpadłam na genialny (moim zdaniem) pomysł zrobienia tiramisu. I może ciastem to nie jest, ale jest z kremem i to bardzo pysznym kremem. Właściwie to już nawet zapomniałam jak wspaniale smakuje takie cudo, bo moje ostatnie tiramisu wykonałam chyba za czasów liceum, a było to już ładnych parę lat temu... W poszukiwaniu przepisu idealnego, koniecznie bez jajek, bo jakoś nie mam zaufania do kremów z surowymi jajkami, a poza tym w mym aktualnym stanie nie zaleca się konsumpcji surowych jajek, znalazłam ten idealny tutaj. I gdy z mężem spróbowaliśmy, nasze spojrzenia na siebie powiedziały wszystko :)
A tak oto prezentował się mój niby-torcik:
I chyba dzięki temu deserkowi nareszcie zabrałam się za zrobienie czegoś, co uporządkuje szufladę kuchenną, w której znajdują się przepisy :) Bo jak to mówi moja mama "dziada z babą brakuje". Stworzyłam notesik na przepisy, zwany w sieci przepiśnikiem (i tak też nazywa się ów mój). Przedstawia się tak:
Na tylnej okładce mój własny spersonalizowany stempelek od lemonade.
W środku kieszonka, która niestety nie spełni swojej funkcji, gdyż bez przemyślenia przykleiłam ją do góry nogami. Ale jak już się przykleiła to nie będę odklejać.
A na okładce pod trzema szkiełkami trzy różne babeczki.
W planach mam jeszcze notesik na przetwory i na przepisy bardziej wytrawne, bo w tym będą chyba tylko słodkości. Ale to wszystko w swoim czasie.
I takim oto sposobem w moim pierwszym prawdziwym wpisie przedstawiłam już jakiś twór. Ależ jestem z siebie dumna ;)
ale cudowny Przepiśnik, nie wiem jak Ty to robisz, ale superowe!
OdpowiedzUsuńImru